poniedziałek, 25 maja 2015

Czy uzależniony od treningu jest uzależniony od treningu?

Witacie! Dziś spostrzeżeniami dzielę się ja, czyli nie kto inny jak prawa ręka Uzależnionego – Uzależniona. Od kilku tygodni w mojej głowie dojrzewał post o zjawisku które znam zarówno z autopsji jak i od strony obserwatora. Nie jestem psychologiem, ale bez trudu zauważyłam zarówno u siebie jak i u narzeczonego pewne objawy uzależnienia od sportu. Kiedy problem się pojawił? Ciężko powiedzieć, między pasją a uzależnieniem istnieje bardzo cienka linia.


Jak to się zaczęło?


1.      Najpierw trening potem rodzina.

Aby być narzeczoną sportowca trzeba lubić czekanie na ukochanego z obiadem ;) A tak całkiem serio, oczywistym jest że czas poświęcony na ćwiczenia jest czasem poświęconym dla siebie. Można oczywiście ćwiczyć razem, ale nasza aktywność w ciągu dnia bardzo się różni. Ja wolę wstać o 5 i zacząć dzień z TRX’em, Uzależniony woli rano dłużej pospać i wieczorem iść pobiegać. Kiedy Uzależniony ma ochotę obejrzeć razem film to ja już jestem w krainie marzeń sennych. W czasie przygotowań do Kieratu mieliśmy dla siebie bardzo mało czasu i w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że mieszkamy razem a przez cały tydzień się mijamy. Z pomocą przyszła nam niezawodna niedziela.


2.      Najpierw trening potem obowiązki.

W skrócie mam na myśli odkładanie wszystkiego na później. Z ręką na sercu, a jednocześnie z pewnym zakłopotaniem, przyznam że oboje nie mamy zamiłowania do porządku. Upocone ubrania dumnie suszące się na obrzeżach pokoju dziennego nikogo już nie dziwią, ale cztery pełne worki śmieci w progu zaczęły mnie martwić. Oboje z jakichś przyczyn zaczęliśmy zaniedbywać nasz dom, a nawet najprostsza czynność jak wyrzucenie śmieci musiała poczekać. Absolutnie nie mam tutaj na myśli sytuacji „Dużo trenuję więc nie mam czasu na zajmowanie się domem”. Czas był ale głowa zajęta myśleniem o czym innym zapominała o podstawowych sprawach. Dopiero wykonanie najważniejszego obowiązku jakim był trening dawało przyzwolenie na wrzucenie worka do zsypu. W innej sytuacji pojawiało się…


3.      Poczucie winy.

Bo umyłam naczynia zamiast zrobić zaplanowany trening. Bo pojechałam na uczelnię autobusem. Bo weszłam z zakupami do windy zamiast tachać je na 8 piętro po schodach. Oraz tym podobne. Na początku takie poczucie presji aby regularnie trenować jak i być aktywną w ciągu dnia było dobre. Bardzo szybko przerodziło się w coś co do dziś ciężko jest mi opanować. Przyznaję, że pomimo poważnego urazu wyznaję zasadę „Dzień bez treningu to dzień stracony”. Byłoby dobrze gdyby to była moja osobista decyzja a nie wewnętrzny przymus. Małymi kroczkami uczę się jak wyluzować i bez poczucia winy spędzić dzień na kanapie ;) A Uzależniony? Uzależniony po całym dniu pracy, przebyciu rowerem kilkudziesięciu kilometrów i zrobieniu treningu potrafi nadal czuć wewnętrzny niedosyt, ale jego przewaga polega na tym że w weekend potrafi i psychicznie i fizycznie odpocząć.


"Zmienię ciuchy i idę biegać"



4.      Uciekanie od problemów.

Znam wiele osób które wyładowują stres na siłowni. Nie ma w tym nic złego, na studiach wręcz wpajano mi, że aktywność fizyczna dobrze wpływa na zdrowie psychiczne. Gorzej kiedy zamiast rozwiązać problem maskujemy go pod obowiązkiem trenowania. Wisi nad Tobą termin oddania pracy semestralnej i zamiast ją pisać idziesz pobiegać? Masz problem.


5.       Złość.

Choroba, kontuzja, gorszy dzień, natłok pracy i jakoś tak wyszło że nie było czasu na trening. Ok, nic się nie stało – jutro też jest dzień. Problem pojawia się kiedy zamiast dać sobie spokój po męczącym dniu czy ułożyć bolącą głowę na poduszce zadręczasz się i czujesz wewnętrzną złość. Uzależniony był zły na siebie i to nie raz, ja również. Najlepiej złość poznałam po wypadku, okres ten ciągnie się już czwarty miesiąc i mimo iż na pewne rzeczy nie mam wpływu to wściekam się na siebie. To uczucie też można pokonać ale o tym na końcu.


6.       Trening pomimo choroby lub kontuzji.

Problem dotyczy głównie mnie. Czy powinnam dodatkowo obciążać uszkodzony staw skokowy? Raczej nie. Czy powinnam na siłę kuśtykać kilkanaście kilometrów dziennie? Oczywiście że nie. Jako studentka fizjoterapii dobrze wiem co i jak powinnam teraz robić ale nie robię. Buntowniczy charakter nie daje mi poczekać do pełnego wyzdrowienia. Jakieś tam resztki zdrowego rozsądku zachowałam i odpuściłam sobie bieganie, skakankę i inne ćwiczenia mocno obciążające staw skokowy ale i tak nie jestem z siebie dumna. Jeśli trenujecie pomimo choroby lub kontuzji problem zaczyna być poważny i czas najwyższy aby zatrzymać się i przemyśleć swoje postępowanie.



To są tylko niektóre objawy uzależnienia od treningu opisane na podstawie moich osobistych obserwacji. Myślę że każdy z was chociaż raz doświadczył którejś z tych sytuacji. Bycie nazwijmy to „pozytywnie uzależnionym” jest fajne, ale kiedy czujecie wewnętrzny przymus aby trenować to być może sytuacja przechyla się na stronę prawdziwego uzależnienia.
W moim przypadku głównym problemem było nagłe przyklejenie do kanapy, każda osoba kochająca sport zrozumie co mam na myśli. To trudne kiedy nie można robić tego co wcześniej, a kiedy ten okres się przedłuża, zaczynamy dostrzegać jak ważnym elementem życia jest aktywność fizyczna. Pojawia się złość, poczucie winy i nieracjonalna próba powrotu do „starego” życia pomimo iż problem nadal jest świeży.


Jak wrzucić na luz?


1.      Wolny dzień.

Nie koniecznie regularnie, w naszym przypadku takim dniem jest niedziela. Dzień całkowicie bez przymusu, można iść na spacer a można spędzić go przed telewizorem.


2.      Świadomość problemu.

Myślisz że Ciebie to nie dotyczy? A może jednak? Zastanów się dobrze jak wygląda Twój dzień. Czujesz złość kiedy nie możesz trenować? Zaniedbujesz jakąś sferę swojego życia? To ważne pytania.


3.       Otwartość.

Ktoś powiedział Ci że przesadzasz? Przemyśl to. Być może tylko zazdrości Ci regularnego, aktywnego trybu życia, a może rzeczywiście sytuacja wymyka Ci się z pod kontroli.


4.      Trening nie zawsze najważniejszy.

Czasami lepiej jest zostać w domu z ukochaną osobą albo rozsiąść się w fotelu i zadzwonić do rodziców. Takie osobiste przyzwolenie na to aby zacieśnić więzy z ważnymi dla Ciebie ludźmi jest bardzo przyjemne i daje uczucie ukojenia.


5.      Nikt nie zawinił.

Nie obwiniaj się. Opuściłeś kolejny trening bo nie czujesz się na siłach? Może jesteś przemęczony i Twoje ciało błaga o przerwę? Może niedokończone sprawy nie dają Ci spokoju? Nic się nie stało. Kilka dni odpoczynku może sprawić że powrócisz do treningów z o wiele lepszym efektem.



Nie chcę zanudzać nikogo przydługim postem. O uzależnieniu od treningu mogłabym pisać jeszcze długo i przytaczać wiele sytuacji z naszego życia. Kiedyś na pewno wrócę do tego tematu.



Przyznajcie się, jesteście pozytywnie uzależnieni czy czujecie że zdarzają wam się niezdrowe wpadki?

piątek, 15 maja 2015

Bieganie naturalne lepsze od amortyzacji i systemów?

Nie wiem jak Wy ale ja do najbogatszych ludzi nie należę, przez całe moje życie musiałem wybierać która z potrzebnych rzeczy do treningu jest bardziej potrzebna. Jakiś czas temu udało mi się kupić w dobrej cenie buty Mizuno Wave. Był to pierwszy but do biegania wyposażony w poważne systemy amortyzujące i wspomagające pracę stopy. Czułem, że w nich mogę pokonać setki kilometrów czerpiąc przyjemność z biegania tak samo jak w Kapterenach w których startuje w tym roku na Kieracie. 

Wcześniej biegałem w najtańszych butach z Decathlonu za 49zł. Miały jakąś tam amortyzację, która zniknęła pewnie po kilkudziesięciu kilometrach ale zrobiłem w nich ponad 800km w sezonie. Jak na mnie było to dużo, zwłaszcza, że wtedy rozpoczynałem swoją przegrodę z bieganiem. Dzięki dobremu koledze nauczyłem się biegać ze śródstopia i czułem się wtedy o wiele lżejszy przy każdym kontakcie z podłożem. Kiedy pierwsza wyprawa w góry uświadomiła mi, że nie można być pewnym jaka będzie pogoda w trakcie biegu, zamieniłem swoje zużyte Ekideny na model przeznaczony do biegania w terenie. Też zakupiony w Kaliskim Decathlonie  na mega przecenie za niecałe 80zł. Byłem przekonany, że rozejdą się po jakimś czasie jak wcześniejsze buty dlatego kupiłem rozmiar który był idealnie dopasowany. Niestety… jak na złość, wkładka aż do samego końca była tak samo za mała jak na początku. Wiem, mój błąd, kto normalny kupuje buty do biegania „na styk”. Mimo tej wpadki, nie doznałem ani jednej kontuzji poza dyskomfortem podczas dłuższych treningów. Przed kolejnym startem w Kieracie, but mnie mega obcierał na pięcie ale zakup skarpetek technicznych umożliwił mi bezproblemowe dotarcie na 80km maratonu (do setki szło mi już ciężko) i ukończenie go „jedynie” z pęcherzami które śnią się mojej narzeczonej do dzisiaj.




Później miałem dosyć długą przerwę od biegania i kiedy przyszła pora na powrót miałem już swoje cudo. Buty o wiele lepszy niż dotychczasowe… Początki były super, biegało się w nich rewelacyjnie, co prawda na pierwszych treningach było dziwnie. Tak duża amortyzacja, że musiałem się przyzwyczaić. Trenując w nich do tegorocznego Kieratu postanowiłem ukończyć bieg poniżej 24h, a padła nawet propozycja, od mojego przyjaciela z poprzedniej imprezy, aby zmieścić się w 20h. Aby zrealizować nasz pomysł musiałem gwałtownie zwiększyć objętość treningową. Zakupiłem też kolejne buty marki Kalenji Kapteren xt. Bieżnik, jakość wykonania i przyczepność w trudnym terenie nie odbiegają kompletnie od innych „renomowanych” firm, zwłaszcza że ta marka specjalizuje się w bieganiu i nic od 4 lat nie zawiodło mojego zaufania. Wracając do treningów - większa objętość to większe ryzyko wystąpienia kontuzji. Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, ale postawiłem wszystko na jedna kartę - albo pęknie 20h albo znowu ledwo zmieszczę się w limicie czasu. Doigrałem się. Ból w prawym kolanie po zewnętrze stronie, na 99% problem z pasmem biodrowo piszczelowym czyli typowa kontuzja przeciążeniowa.

Interesując się mocniej przyczynami występowania ITBS u 
biegaczy trafiłem na informację, że przyczyną może być biomechanika ruchu. Jednocześnie zacząłem się zastanawiać nad swoją technika i postanowiłem zrobić sobie dynamiczną analizę biegu. Udałem się do Decathlonu w Kaliszu i za zgodą dyrektora sklepu przeprowadziłem badanie samodzielnie. Ustawiłem kamerę za bieżnią i przebiegłem się kilka razy na boso, w butach Mizuno i Kapterenach. Oglądając filmy w domu (w zwolnionym tempie), okazało się że wystąpiła u mnie nadmierna pronacja której nigdy nie miałem. A jeszcze większym zaskoczeniem było odkrycie, że prawa stopa jest mocniej pronująca od lewej i w dziwaczny sposób przestawiam ją przy każdym kroku (coś jak biegowa wersja chodu koszącego).

Los chciał, że akurat w tym samym momencie w którym borykam się z kontuzją kolana jestem na etapie czytania książki Christophera McDougall’a „Urodzeni Biegacze”. Książka opisująca tajemnicze plemię mieszkające w Meksyku. Znani są pod nazwą Tarahumara a sami mówią o sobie Raramiri. Potrafią biegać setki mil niezależnie od wieku - nie doznając kontuzji! A największym ewenementem jest to, że biegają we własnoręcznie zrobionych sandałach lub na boso!


 Czyżby ich sekret tkwił w braku amortyzacji?


Tak twierdzi autor, który na własne oczy widział jak biegają i poznał możliwości biegania bez specjalistycznego obuwia. Dzięki temu pozbył się nawet dolegliwości pleców przez które nie mógł wcześniej nawet myśleć o bieganiu.
Czytając ten fragment doznałem olśnienia. Wcześniej biegałem w tanich butach ze słabą amortyzacją, a od pewnego czasu cieszyłem się z markowych butów i wszystkich systemów napakowanych do środka. Czyżbym popełnił błąd inwestując w coś „lepszego” ? Z video-analizy jasno wynika, że moja pronacja spowodowana jest osłabieniem mięśni stóp. Przetestowałem to chwytając bosą stopą różne przedmioty i nie była już tak sprawna jak rok temu. Przy odpowiednim napięciu konkretnych mięśni moja stopa wraca do prawidłowej pozycji dlatego wniosek jest jeden. Super buty z super systemami i super amortyzacją potrafią super nam zaszkodzić. Zacząłem się dalej zastanawiać i zwróciłem uwagę, że czołowi zawodnicy biegają co prawda w markowym obuwiu, ale minimalistycznym, czyli jak najbardziej przypominjącym bieganie na bosaka. W mojej głowie pojawiło się pytanie. Jak szybko wrócę do pełnej sprawności kiedy zamienię amortyzację z butów na genialny wynalazek jakim są nasze stopy?



Mam zamiar przetestować swoją teorię, że bieganie naturalne pozwoli mi wrócić do wcześniejszej formy. Postanowiłem wzmacniać swoje stopy wykonując ćwiczenia polegające na chwytaniu stopą różnych przedmiotów. Dodam także bieganie na bosaka zaczynając od 1-2 kilometrów dziennie. Co prawda biegając ze śródstopia łydka i ścięgna powinny być przyzwyczajone ale nie chce przeciążać się od razu. Mam także w planach zakupić magiczne buty FiveFingers i biegać w nich trasy asfaltowe. Zastanawia mnie tylko czy jest sens wydawania ponad 300zł na specjalne obuwie do biegania naturalnie i czy nie zainwestować w zwykłe trampki, w końcu w obu przypadkach jedyną „amortyzacją” jest cienka warstwa gumy. Po powrocie z kieratu zregeneruje się i od razy wcielam plan w życie, mam nadzieję że wszystko się uda i będę mógł biegać bez kontuzji!

Jeżeli macie jakieś doświadczenia w tym temacie, piszcie w komentarzach.


wtorek, 28 kwietnia 2015

Czy można zwolnić w życiu?

Cześć, dawno nic nie pisałem... Miałem niestety trochę problemów i nie mogłem się za to zabrać. Kłopoty finansowe zmusiły mnie do podjęcia dodatkowej pracy przez co miałem mniej czasu i chęci do wszystkiego. Mówiąc prościej - wpadłem w pułapkę teraźniejszości. Teraz prawie wszyscy gonią za pieniędzmi, nie ważne czy praca sprawia im przyjemność, czy kochają to co robią. Ciężko jest też winić kogoś za takie postępowanie kiedy nasz rząd doprowadza do tego, że pracujemy za śmieszne pieniądze, bo pracodawcy nie stać na zatrudnienie pracownika na pełen etat bo sam ledwo wiąże koniec z końcem. Widzieliście kiedyś osoby które według was były biedne a jednocześnie szczęśliwe? Osobiście zdarzyło mi się to kilka razy. Ostatnio czytałem książkę o bieganiu "Jedz i biegaj" Scott'a Jurka.


 Opisywał ultramaratończyków którzy żyli pod kreską albo wychodzili na zero ale.. oni byli szczęśliwi. Robili to co kochali. Biegając mogli żyć w zgodzie z naturą która nigdzie się nie spieszy, ona zawsze ma na wszystko czas. Ich życie wypełniało szczęście i radość z tego co robią. Czytając to nagle uświadomiłem sobie to, że z tych wszystkich złych sytuacji które mnie spotykały przez ostatni rok (zła sytuacja finansowa, utrata pracy) to brak motywacji i czasu na treningi dobiły mnie najbardziej, Coś co sprawiało mi radość i dawało szczęście, coś dzięki czemu poznałem moją przyszłą żonę - wyparowało. Fala nieszczęść na końcu której był wypadek samochodowy ( nie z mojej winy). Spowodował tyle problemów, że prawie osiwiałem w wieku 26 lat...  Trzeba było się odbić i wrócić do wcześniejszego życia!

Ale od początku.
Narzeczona zaproponowała mi spróbować pozbyć się niepotrzebnych rzeczy z mieszkania. Kilka dni później poleciały, stare kartony, gazety, ubrania, "znaleziska" z dzieciństwa ( zostawiłem sobie tylko mały kartonik ze "Wspomnieniami"). Nie wyobrażałem sobie ile tego nazbierało się przez 3 lata spędzone na nowym mieszkaniu. Coś się poprawiło, był w końcu czas na trening, a dokładniej potrafiłem go znowu znaleźć bo czas jest zawsze, tylko nie zawsze są chęci aby to zrobić. Dostałem pracę w Decathlonie - ucieszyłem się mimo, że była to 1/2 etatu. Sklep sportowy, pokrewny mojej pasji, nie zajmował tyle czasu obok prowadzenia zajęć karate ale... Nadal coś nie grało w mojej maszynie. Sprawy które powinny być załatwiane na bieżąco odkładałem na później, nie wiedziałem jak to się dzieje. Wtedy znalazłem książkę "stop odkładaniu spraw na jutro", pomyślałem sobie, że moim  problemem jest prokrastynacja. Chciałem tą książkę przeczytać ale nie dawałem rady, szczyt ironii co? Też tak myślałem dopóki nie uświadomiłem sobie, że to natłok zaległości mnie dobijał i uciekałem od tego w różny sposób, najlepszym było zakupienie Diablo 3. Były to na prawdę super chwilę, nie myślałem o problemach, obowiązkach i tym co wymykało mi się spod kontroli. Brudne naczynia potrafiły leżeć w zlewie kilka dnia, Stół przy którym jedliśmy posiłki był cały czas pokryty masą drobiazgów. A na sprzęt treningowy nawet nie patrzałem. Jednocześnie miałem na wszystko coraz mniej czasy przez głupią grę którą sam kupiłem! Musiałem dopiąć kilka spraw związanych z klubem, nie dałem rady samemu i udałem się po pomoc. Później poczułem się jakby zeszło ze mnie dobre 10kg. Lżej na duchu i to poczucie ze coś się zaczyna udawać. Wszystko szło dobrze, zacząłem od nowa trenować, mocno pochłonął mnie crossfit, plan wzięcia udziału w runmagedonie i... BAM! - czas na zabieg przegrody nosowej. Jednocześnie skończyłem pracę w decathlonie ponieważ nie wiązałem przyszłości z tą firmą - taki powód usłyszałem z ust osoby przełożonej. Pomyślałem sobie, super zmobilizuje mnie to żeby szybciej wystartować z własną działalnością.
Nos wyprostowany, po 3 dniach męczarni ze wstrętnymi setonami w nosie - upragniona ulga. W końcu mogę normalnie oddychać, wysypiam się w nocy, nie wstaję zmęczony - wcześniej myślałem ze to wszystko tylko przez pracę. Miesiąc bez treningów, był jedynym minusem tego wszystkiego i wiedziałem, że będzie ciężko po raz kolejny wracać do formy.
W którymś momencie dla odmiany pojawiły się problemy. Trzeba, jechać ze zwierzakami do weterynarza, a specjalista od świnek morskich jest najbliżej 120km do Kalisza. Stwierdziliśmy z narzeczoną, że pojedziemy do Solca Kujawskiego i przy okazji po drodze odwiedzimy jej rodziców w Toruniu i ......




Norweg nie wyhamował uderzył nas w tył samochodu i siła pędu wpadliśmy na stojący przed nami bus. Auto do kasacji, z pozoru nikomu się nic nie stało. Wieczorem po wypadku wizyta  w szpitalu bo pojawiły się dziwne objawy i dolegliwości bólowe. U mnie problemy z odcinkiem lędźwiowym i ogólne problemy z orientacją, a narzeczona kołnierz na 3 tygodnie, uszkodzona kostka i trochę innych "drobniejszych" dolegliwości. Obecnie czekamy na rezonans stawu skokowego i decyzję czy uda się uniknąć operacji. Osobiście jestem już po ostatnich zabiegach rehabilitacji, mam pozwolenie na treningi i od 2 tygodni przygotowuje się po raz kolejny do Maratonu Kierat! Już nie mogę się doczekać. Dzięki temu, że wróciłem do biegania, mam znowu cel którym jest skończyć te 100 km  w mniej niż 20 godzin a maksymalnie w 24 godziny, udało mi się odnaleźć spokój. Już nawet kłopoty finansowe spowodowane tym nieszczęsnym wypadkiem i użeranie się z firmą ubezpieczeniową która odwleka wypłatę "kolosalnie" wysokiego odszkodowania za samochód mnie nie przytłacza. Tak samo mam nadzieję, że narzeczona jak najszybciej wróci do zdrowia i znowu będzie mogła mi pomagać w tym co oboje kochamy czyli prowadzeniu zajęć karate.

Tak jak sami widzicie, nie można dać się zwariować i wpaść w tą pułapkę. W dzisiejszych czasach życie nabrało takiego pędu, że musimy nauczyć się zwalniać, odpoczywać i mieć czas dla siebie i rodziny. Dla jednych formą odpoczynku będzie sport dla innych coś innego, ale zawszę najlepszym rozwiązaniem jest posiadanie PASJI bo to ona nadaje dodatkowo sens naszemu istnieniu. Nie można żyć po to aby żyć. Trzeba czerpać z życia tyle ile się tylko uda, trzeba być szczęśliwym, dlatego nie przekładajmy gonitwy za pieniądzem ponad nasze własne szczęście. Ja już to odnalazłem i zacząłem znowu czerpać radość z tego co robię. Znowu prowadzenie zajęć daje mi ogromną satysfakcję.


Życzę Wam powodzenia w poszukiwanie tego!









PS. Wiadomość dla tych którzy przejęli
 się losem świniaka - wszystko z nim w porządku! :)
Czarny - Diego,
rudy  - Vito,
biały - Peper

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Maraton Kierat 2014 - walka zaczyna się przed metą!

W 2013 roku pod wpływem chwili razem z Radkiem i moja dziewczyną Agatą postanowiliśmy spróbować sił na kieracie. Tona przeczytanych publikacji, setki obejrzanych filmów i wydaje nam się, że wiemy jak się za to zabrać. Na starcie okazało się, że mieliśmy rację, WYDAWAŁO nam się, sprzęt jakim dysponowała większość zawodników i warunki pogodowe na które nie byliśmy przygotowani pokazało nam co zrobiliśmy źle. Deszcz, błoto, kamienie dały nam w kość, brak odpowiedniego wybiegania tak samo. Radek złapał kontuję, Agata padła kondycyjnie i skończyliśmy 10 min po czasie na miejscu pk 5.
Doświadczenie jakie zdobyłem na wyprawie, zaowocowało kupnem lepszego sprzętu, plecak z bukłakiem, techniczne skarpety, odpowiednie lekkie i wygodne ubranie. Mimo tego wszystkiego nadal nie wiedziałem jak trenować, zwłaszcza, że w Kaliszu nie ma gór. Doczytałem gdzieś aby biegać często i systematycznie, dlatego starałem się 5 dni w tygodniu robić 10-15 km. Poprawiła się technika i w porównaniu do formy z zeszłego sezony było o niebo lepiej. Znalazłem kila "górek" stosunkowo stromych jak na Kaliskie warunki i bieganie po nich w dól i w górę dało mi namiastkę zbiegów i podbiegów, dodatkowo samotne wybiegania z czołówką po lesie poprawiły moją pewność siebie i przygotowały na samotność w mroku.



Nadszedł czas, wyjazd w czwartek rano, nocleg w miejscowości Piekiełko. Noc z trudem przespana, stres, niepokój i zaciekawienie. Melduje się w Limanowej o 11:30 pod hotelem. Poznałem Tomasza Kłodnickiego i ekipę z masterrun.pl, dali mi dużo wskazówek, łącznie z podpowiedziami jak kierować się na trasie. Coraz większy stres i próba przygotowania się na samotność przez 30 godzin. Potem odprawa w parku.
3...2....1... Start, wszyscy biegną cała ekipa ponad 700 osób napiera aby udowodnić sobie i innym, że 100km po górach jest wykonalne. Szybkim marszem idziemy jedna ekipą do pk1 Kukłacz, trasa prosta i bardzo przyjemna. Zaniepokoiło mnie tylko palenie w łydkach ale przeszło po chwili. Skończył się szlak i trzeba było uruchomić mapę, będąc na w środku, obyłem się bez niej i napierałem za reszta osób. Pierwsze rozwidlenie, część skręca przed kościołem część idzie dalej. Łapie kontakt z dwójką braci z Limanowej idą dosyć ostrym tempem jak na mnie ale postanowiłem im dorównać, idziemy na azymut i pierwsze podejście pod dużym kątem. Moje postanowienie, że przejdę bez używania kijków rozsypało się w kilka sekund. Chłopacy mi uciekli i zostałem sam, z kijkami było już o wiele łatwiej ale widziałem swoje braki w przygotowaniu siłowym i technice na podejściach. Wiedziałem, że najwięcej można nadrobić na zejściach zbiegając i trzymałem się swojego planu, wszędzie gdzie mogłem zbiegałem i tym sposobem wyprzedzałem kolejne osoby pk 2 zaliczony 20:42 Napierając dalej trafiłem na grupkę osób w okolicach 150 - 200 miejsca, tempo mieli konkretne ale do wytrzymania. W górę mi uciekali ale w dól ich doganiałem, patrząc na mapkę odczuwałem coraz większy stres, że się zgubię i nie ukończę trasy. Na moje szczęście na przodzie był dobry nawigator i tym sposobem pewnie dotarłem do pk 3 o godzinie 22:15. Czołówka o którą się obawiałem sprawowała się wyśmienicie, oświetlała trasę jakby był dzień. Napełniłem bukłak wodą i dalej w drogę. Noc okazała się ciepła i bylem szczęśliwy, że zostawiłem część rzeczy w samochodzie dzięki czemu w plecaku miałem dobre 1,5 kg mniej. podejście na PK 4 było proste, niebieskim szlakiem po asfalcie. poczułem już pierwsze zmęczenie, zjadłem kolejny batonik własnej roboty i pędzę dalej bo trasa na Lubań była etapem który mnie trochę martwił pod względem nawigacji. Początkowo podejście było dosyć łagodne i zgodnie z mapka podchodziliśmy wzdłuż strumienia. Problemy zaczęły się dopiero wyżej, gdzie miało być krótkie ale diabelnie intensywne podejście. Zauważyłem po sobie, że przeforsowałem trochę organizm i tempo w pierwszej 200 to nie moja liga. Chcąc czy nie musiałem zwolnić, im wyżej tym więcej odpoczywałem, suche liście na błotnistym zboczu wyciągały ze mnie resztki energii, a brak wody od 30 minut źle wróżył. Straciłem jakieś 60 pozycji, może więcej, siadam i odpoczywam. Zaczyna mnie mdlić, prawie zwymiotowałem, dostałem dreszczy, pierwsza myśl - odwodniłem się. Napieram dalej z nadzieją, że podejście kończy się lada chwila. Po raz pierwszy spotykam rowerową dwójkę która później uratowała mnie kilkoma łykami wody bez których bym musiał prawdopodobnie skończyć wcześniej. Zawiązała nam się grupa kilkunastu osób dzięki temu, że ktoś był cały czas z przodu moja psychika nie eksplodowała i dałem radę - jesteśmy na szczycie. 20 minut błądzenia i końcowe wejście na PK 6 L:ubań. Godzina 4:28 zameldowałem się na miejscu. straszne pragnienie i dreszcze zmusiły mnie do położenia się pod folią NRC i zasnąłem. Obudziłem się po poł godziny spadłem chyba na pozycję w okolicach 350 miejsca. Widzę napis woda ale trzeba było zejść w dól po przeciwnej stronie. Po chwilce zastanowienie powiedziałem, sobie lepiej stracić więcej siły niż bardziej się odwodnić. Na prawdę myślałem poważnie o rezygnacji w tym miejscu, moja psychika była w strzępkach, kompletny brak sił, trzęsłem się z zimna lub z innego powodu, żałowałem teraz, że nie zabrałem chociaż bluzy na długi rękaw ale wschodziło słońce i wiedziałem, że na PK 7 czeka gorący posiłek. Postanowiłem, że idę dalej, nie po to jechałem tyle kilometrów i nie na darmo ciężko trenowałem, żeby skończyć na 40 km. na kolejny punkt prowadziła pozornie prosta trasa czerwonym szlakiem na Runek. Niestety Natura przygotowała dla nas "odcinek kłodkowy" i co kilka metrów napotykaliśmy obalone drzewa. W tym stanie skakanie po nich  było nie lada wyzwaniem. Na szczęście, moje ciało wracało do formy dzięki wodzie i czułem się coraz lepiej, powróciła pewność siebie i przeświadczenie o tym, że uda mi się dojść do mety. Atmosfera tez dopisywała było można się do kogoś odezwać. W miłym gronie wchodzimy o 8:16 na kolejny punkt Ochotnica górna. Co prawda miałem nadzieję na zupkę z wkładką ale barszczyk i żurek postawił mnie na nogi na koniec herbatka z cukrem, małe zakupy w sklepie i ruszamy na kolejne wzniesienie Gorce. trasa prowadziła dosyć przyjemną drogą, później wkroczyliśmy na zielony szlak i nim prosto na sam szczyt, PK 8 zaliczony o 11:36. Sprawdzam stopy bo na treningach po 20km buty mnie obcierały i miałem straszne pęcherze na achillesie, ale dzięki plastrom i skarpetom technicznym z copressport sa małe odciski których nawet nie czuję, jedyna dolegliwość to ogólnie spuchnięta stopa która wypełnia cały but i bolące palce na zejściach. Patrze na mapkę, prosta trasa niebieskiem szlakiem i później żółtym do przełęczy Przysłopek. Poszło całkiem sprawnie, bez problemów, poznałem dwie sympatyczne mężatki z limanowej, znowu małe spotkanie z ekipą przy sklepie, przeczekaliśmy burzę. Musze przyznać, że nigdy nie byłem tak wysoko i tak blisko w trakcie wyładowań elektrycznych. PK 9 zaliczony o godzinie14:57. Tutaj chciałem podziękować kobiecie która nas uraczyła kanapką z żółtym serem, po jakiś 70km i 20 godzinach od startu był to rarytas. Po małej analizie i wyliczeniach, że damy rade przed zmierzchem dotrzeć do mety ruszyliśmy w czwórkę pełni optymizmu na Mogielicę. Mimo 500m przewyższenia znowu poszło gładko, pomijając oczywiście bolące stopy i pęcherze na podbiciu. Napierając dalej podziwialiśmy cały Beskid wyspowy, między innymi Lubań - który pozostanie w mojej pamięci już na zawsze. Na 10 punkcie kontrolnym zameldowaliśmy się o 17:44 do mety zostało już tylko 16 km więc damy radę. Prosta nawigacja, omijamy szczyt i żółtym szlakiem na północ do Słopnic. Tuż przed rozwidleniem się szlaków 2 kompanów postanowiło przebiec ostatnie kilometry, puściłem się za nimi, stopy i tak bolały w trakcie marszu a tak uwinę się szybciej i może zejdę poniżej 26 godzin. Nagle mały postój w lesie po chwili nikogo nie ma wracam na trasę biegnę w dół, patrzę zielony szlak trochę pod górę zakręca, myślę coś jest nie tak. Odbijam w dól i odczuwam coraz większy niepokój. Staję w miejscu, czuję strach, zdenerwowanie i załamanie nerwowe. Nie wiem gdzie jestem, nie mogę się odnaleźć na mapie, gps w telefonie nie działa, decyduję się wrócić pod górę. Biegnę niebieskim szlakiem, patrze na mapie nie ma nic takiego w tym miejscu, stres osiąga apogeum, w oddali widzę jakąś ścieżkę, wchodzę na zielony szlak, spotykam turystów i nie wierzę w to co mówią. Zamiast na Północ pobiegłem na południe.... Prawie poddałem się w tym miejscu, zadzwoniłem do dziewczyny opowiedziałem co się stało, rzucam wiązankami, na kumpli, że zostawili mnie samego i nie poczekali tej jednej minuty ale postanawiam iść dalej. Za rada turystów trafia na Przełęcz Słopnicką i zgodnie z drogowskazem zmierzam w kierunku Słopnic Górnych pełen niepewności czy na pewno idę w dobrym kierunku. Słyszę jeszcze 3,5 km do Słopnic, pokazuje mapę upewniam się i jest mi lepiej, nadrobię 10km ale zmieszczę się w limicie. Słysze po raz kolejny 3,5km, później 2km. Z każdą kolejną informacja moja psychika załamuje się coraz bardziej. Aż docieram do miejsca gdzie dowiaduje się, że to dopiero połowa trasy do PK11. załamuję ręce, mam wrażenie jakbym zrobił już dodatkowo 20km, stopy są tak spuchnięte, że ledwo idę. Wmówiłem sobie po raz kolejny, że dotrwam i ukończę maraton, po prostu muszę to zrobić dla siebie! Kawałek drogi musiałem pokonać zakazaną drogą ( organizator pewnie nie wpadł na pomysł, że ktoś może się aż tak pomylić). Tuż przed wejściem na 11 punkt dogania mnie Jarek, ten na którego byłem tak zły, że wystartował i mnie zostawił. Okazało się, że oni też pomylili trasę i kompan z którym ruszyli załamał się psychicznie i odpadł tam gdzie sam miałem wcześniej kryzys. 20:51 wbiegamy, zapisujemy czas, napełniamy wodę z kranu i biegniemy na ujęcie wody w Tymbarku. Teraz każdy kilometr to męczarnia, motywujemy się nawzajem, biegniemy tyle ile nam się uda aby jak najszybciej przekroczyć metę. Skrajnie wykończeni poruszamy się już tylko dzięki sile woli i determinacji punkt 12 osiągamy o godzinie 22:09 chyba jako jedni z ostatnich, wiem, że jesteśmy coś w okolicach 410 miejsca. Chwila zastanowienia - idziemy asfaltem czy ryzykujemy i wybieramy skrót. Wybraliśmy drugą opcje po chwili asfaltu skręcamy w piekiełku w prawo i pomiędzy zabudowaniami przemieszczamy się ledwo stawiając kolejne kroki. Docieramy do zielonego szlaku i nim prosto do limanowej. Na metę wchodzimy o 23:49 i 57 sekund.
Jestem z siebie dumny, że dałem radę, mimo tylu trudności i 20km więcej w nogach niż planowałem.
Zabieram z auta śpiwór, karimatę i plecak z ubraniami. Grupka 4 wolontariuszy prowadzi mnie do szkoły na nocleg. Mimo mojej słabej orientacji coś mi nie pasuje. z tymi obolałymi stopami maszerowałem 30 min w innym kierunku bo chłopacy się pomylili... Na szczęście jakiś ich znajomy biegacz który właśnie robił swój trening powiedział, że przyjedzie po mnie i zawiezie mnie na salę. Stopy w stanie koszmarnym, ledwo dałem radę zdjąć skarpety, od spodu jeden wielki pęcherz, na piętach obtarcia, ledwo mogę dokuśtykać na salę. Noc prawie wcale nie przespana, co chwile budziłem się z jakimś bólem. Rano zakończenie, masa gratulacji przez telefon i powoli zaczyna wychodzić zmęczenie a tu jeszcze 380km w samotności samochodem do domu.

Po powrocie regenerowałem się ponad tydzień, co chwile chciało mi się spać, nie mogłem zwlec się z łóżka, miałem spuchnięte podniebienie miękkie, lekarz powiedział, że to od odwodnienia i oddychania przy przesuszonym gardle, miałem problemy z zakładaniem butów, a pierwszy normalny krok postawiłem dopiero czwartego dnia. Mimo wszystko nie żałuję ani jednej chwili którą poświęciłem na kierat.

Na koniec chciałem pogratulować wszystkim którzy ukończyli kierat w tym roku jak i tym którzy podjęli próbę stawili się na starcie! do zobaczenia w przyszłym roku


Początek maratonu, droga do PK1

Lubań - na zawsze w pamięci :)

Piękny widok ze szczytu na PK6


Gorce - zmęczenie, upał i spuchnięte stopy

Podejście na Mogielice


3 kompanów którzy napierali razem ze mną od połowy trasy do pk 7