czwartek, 6 sierpnia 2015

Trening w słoneczny dzień - trochę o filtrach

Dziś pisze dla was uzależniona. Przyszłam z tematem nieco innym ale bardzo istotnym szczególnie (ale nie wyłącznie) w okresie letnim. Co prawda rozpoczęcie sezonu letniego mamy już dawno za sobą, ale nigdy nie jest za późno na kilka słów o filtrach przeciwsłonecznych. Wielu sportowców o tym zapomina, a przecież bieganie czy jazda na rowerze w słoneczny dzień niewiele różni się od opalania na działce. Co więcej, słońce szkodzi nam nie tylko kiedy odczuwalnie grzeje nas w plecy.

Najpierw nieco informacji w pigułce odnośnie promieniowania. Przez warstwę ozonową docierają do nas dwa rodzaje promieniowania UV. Promieniowanie UVB to promieniowanie powodujące zwiększoną produkcję melaniny w skórze czyli prościej mówiąc – opaleniznę. Jego negatywne działanie polega na wywoływaniu w skórze odruchów obronnych. Nie u każdego ten system działa sprawnie, osoby z wrażliwą skórą mogą nabawić się poparzeń słonecznych oraz przebarwień. UVA to promieniowanie docierające do głębokich warstw skóry, jest destrukcyjne dla włókien elastyny i kolagenu. To ono jest naszym głównym wrogiem ponieważ z łatwością przenika przez chmury i szkło więc oddziałuje na nas nawet w pochmurne dni. Warto wspomnieć o tym że szkody spowodowane przez promieniowanie UVA są nieodwracalne. Łopatologicznie – długotrwała ekspozycja na promieniowanie słoneczne znacząco przyspiesza starzenie się skóry, wpływa negatywnie na jej elastyczność i funkcję ochronną.

Jeśli wizja suchej i pomarszczonej skóry do was nie przemawia pomyślcie o zdrowiu. Czerniak wbrew pozorom jest bardzo groźnym nowotworem, może powodować liczne przerzuty a późno zauważony jest niezwykle trudny w leczeniu. To właśnie długotrwała ekspozycja na słońce i przebyte poparzenia słoneczne są najczęstszą przyczyną czerniaka. Dodatkowo jest to jeden z najszybciej rozwijających się nowotworów.

Czerniaka nie tak łatwo zauważyć. Na co powinniśmy zwrócić uwagę?

1.       Zmiany w obrębie istniejącego znamienia. Dotyczy to zarówno kształtu (obrysu), koloru, wielkości jak i wypukłości znamienia. Najbardziej podejrzane są znamiona o nieregularnym kształcie, kolorze, zwiększające swój obrys, oraz te które są większe niż 6mm. Niepokojące jest również zaczerwienienie wokół znamienia.
2.       Krwawienie lub swędzenie.
3.       Znamię którego wcześniej nie było. Co prawda pojawianie się nowych „pieprzyków” jest normalne ale powinniśmy zwracać na nie szczególną uwagę kontrolując ich wygląd.
Pamiętajcie, że czerniak może znajdować się właściwie wszędzie, od policzka do okolicy narządów płciowych dlatego oglądajcie i znajcie swoje ciało dokładnie J

Trochę was nastraszyłam więc przejdźmy do meritum!

Na rynku znajdziemy bardzo wiele rodzajów filtrów, nie tylko w kwestii formuły samego produktu ale  i składu. Nie rozbijając tematu na atomy do wyboru mamy filtry chemiczne i fizyczne (inaczej mineralne). Filtry chemiczne powodują pochłanianie promieniowania, po nałożeniu na skórę wymagają odczekania około 30 minut. Ich niewątpliwą zaletą jest wysoka skuteczność i jednocześnie  przyjemniejsza formuła. Te filtry mają z reguły formę lekkiego mleczka, nie pozostawiają tłustej, białej powłoki i są odporniejsze na ścieranie. Minusem jest wzmaganie wytwarzania ciepła przez co nie nadają się dla osób ze skórą naczynkową i wrażliwą. Inny minus to łatwość destabilizacji co zainteresuje raczej kobiety – produkty takie jak podkład/puder zawierające talk destabilizują filtr czyli innymi słowy powodują że jest nieskuteczny. Filtry chemiczne należy regularnie reaplikować na skórę ponieważ wraz z pochłanianiem promieniowania produkt stopniowo traci skuteczność. Filtry fizyczne tworzą na skórze powłokę która po prostu odbija promienie słoneczne. Ogromną zaletą filtrów mineralnych jest ich trwałość. Tak długo jak filtr znajduje się na skórze – tak długo jest skuteczny. Minusy to tępa, często tłusta konsystencja i mocne bielenie skóry. Filtry mineralne nie są tak odporne na wodę i pot jak filtry chemiczne ale za to nie ulegają destabilizacji.

Co w takim razie wybrać? To co komu odpowiada J Jeśli masz wrażliwą skórę lepiej zainteresuj się filtrem mineralnym. Zależy Ci na tym żeby filtr był niewidoczny na skórze? Poszukaj filtra chemicznego. Uprawiasz sport w trakcie którego mocno się pocisz? Wybierz filtr chemiczny lub wodoodporną wersję mineralnego itd… Obecnie wiele produktów łączy w sobie filtr chemiczny i fizyczny i właściwie jedyna trudność polega na wybraniu produktu który odpowiada naszym upodobaniom w kwestii samej formuły. Jeśli chodzi o faktor to najsensowniejszym wyborem jest 50/50+

Czego my używamy?



Od lewej znajdują się moje produkty.
La Roche Posay Anthelios XL to mój produkt do twarzy. Myślę że zainteresują się nim przede wszystkim kobiety ponieważ ta wersja jest lekko barwiona (istnieje też wersja bezbarwna). Dzięki temu nie mam trupio-białej twarzy ;) Sam produkt jest właściwie płynny, dzięki temu bardzo lekki i szybko się wchłania. Bardzo skuteczny – jak blada byłam tak jestem, piegów też mi nie przybyło.
Pharmaceris S Hydrolipidowy ochronny balsam do ciała – mój produkt do ciała. Również bardzo lekki, spodoba się i kobietom i mężczyznom (nadaje się też dla dzieci). Nie jest tak bardzo biały i gęsty jak typowy filtr mineralny. Nadaje się też do twarzy.

Kolejne dwa produkty to filtry Uzależnionego.
AA Sun Spray – produkt który początkowo kupiłam sobie ale stwierdziłam że jego łatwa w użyciu formuła zachęci skłonnego do poparzeń Uzależnionego do stosowania filtra. Produkt jest po prostu przezroczystym sprayem, wystarczy spryskać skórę, wetrzeć dłońmi i gotowe. Filtr jest lekko tłustawy na skórze dzięki czemu jest odporny na pot.
Avene Reflexe Solaire – kolejny produkt który był mój i powędrował do Uzależnionego. Ten filtr to typowy filtr mineralny, jest gęsty, tłusty i biały ale za to rewelacyjnie chroni. Szczególnie polecam go osobom ze skórą hiperwrażliwą, bardzo jasną i skłonną do poparzeń czy przebarwień. Drogie Panie – można używać go pod makijaż bez obaw że ulegnie destabilizacji. Dodatkowo ma rewelacyjne malutkie i poręczne opakowanie.

Teraz o aplikacji. Kremu z filtrem należy nałożyć… krótko mówiąc dużo. Ilość przepisowa to aż 1-1,8ml (w zależności od produktu) na całą twarz. Jeśli zamierzacie leżeć plackiem na plaży to na ciele powinno znaleźć się aż (!) 30ml produktu. W praktyce powinniśmy sowicie posmarować te obszary ciała które będą odsłonięte. Jeśli biegasz w długich spodniach i koszulce na krótki rękaw posmaruj twarz, szyję, kark, dłonie, przedramiona i ramiona. Szczególną uwagę przykładaj do twarzy ponieważ tam skóra jest najbardziej delikatna i podatna na działanie promieni słonecznych.


Jeszcze tylko kilka małych spraw:

 Przechowywanie filtra ma znaczenie! Najlepiej przechowuj go w chłodnym suchym miejscu a na plaży chowaj do torby termicznej.

  Nie żałuj sobie. Lepiej nałożyć trochę za dużo niż trochę za mało. Każde niedociągnięcie w kwestii ilości znacząco wpływa na ochronę Twojej skóry.

 Nie zapominaj o dłoniach, uszach i powiekach (tak, tak, powieki też można poparzyć)! Aby nie poparzyć skóry głowy noś czapkę lub chustę.

Pamiętaj że lepiej mieć jasną i ZDROWĄ skórę :)

 Nigdy nie traktuj filtra jako przyzwolenia do smażenia się na słońcu. Jeśli musisz trenować między 11 a 15 ok, ale jeśli jesteś w stanie zrobić to rano lub wieczorem – zrób sobie prezent i w godzinach największego nasłonecznienia schowaj się w cieniu.



Starałam się przedstawić temat w formie pigułki żeby nie zanudzić was przydługim postem, jest jeszcze sporo spraw do poruszenia (kwestia składu, metody nakładania filtra itp.). Jeśli temat was zainteresował zapraszam do komentowania J

poniedziałek, 25 maja 2015

Czy uzależniony od treningu jest uzależniony od treningu?

Witacie! Dziś spostrzeżeniami dzielę się ja, czyli nie kto inny jak prawa ręka Uzależnionego – Uzależniona. Od kilku tygodni w mojej głowie dojrzewał post o zjawisku które znam zarówno z autopsji jak i od strony obserwatora. Nie jestem psychologiem, ale bez trudu zauważyłam zarówno u siebie jak i u narzeczonego pewne objawy uzależnienia od sportu. Kiedy problem się pojawił? Ciężko powiedzieć, między pasją a uzależnieniem istnieje bardzo cienka linia.


Jak to się zaczęło?


1.      Najpierw trening potem rodzina.

Aby być narzeczoną sportowca trzeba lubić czekanie na ukochanego z obiadem ;) A tak całkiem serio, oczywistym jest że czas poświęcony na ćwiczenia jest czasem poświęconym dla siebie. Można oczywiście ćwiczyć razem, ale nasza aktywność w ciągu dnia bardzo się różni. Ja wolę wstać o 5 i zacząć dzień z TRX’em, Uzależniony woli rano dłużej pospać i wieczorem iść pobiegać. Kiedy Uzależniony ma ochotę obejrzeć razem film to ja już jestem w krainie marzeń sennych. W czasie przygotowań do Kieratu mieliśmy dla siebie bardzo mało czasu i w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że mieszkamy razem a przez cały tydzień się mijamy. Z pomocą przyszła nam niezawodna niedziela.


2.      Najpierw trening potem obowiązki.

W skrócie mam na myśli odkładanie wszystkiego na później. Z ręką na sercu, a jednocześnie z pewnym zakłopotaniem, przyznam że oboje nie mamy zamiłowania do porządku. Upocone ubrania dumnie suszące się na obrzeżach pokoju dziennego nikogo już nie dziwią, ale cztery pełne worki śmieci w progu zaczęły mnie martwić. Oboje z jakichś przyczyn zaczęliśmy zaniedbywać nasz dom, a nawet najprostsza czynność jak wyrzucenie śmieci musiała poczekać. Absolutnie nie mam tutaj na myśli sytuacji „Dużo trenuję więc nie mam czasu na zajmowanie się domem”. Czas był ale głowa zajęta myśleniem o czym innym zapominała o podstawowych sprawach. Dopiero wykonanie najważniejszego obowiązku jakim był trening dawało przyzwolenie na wrzucenie worka do zsypu. W innej sytuacji pojawiało się…


3.      Poczucie winy.

Bo umyłam naczynia zamiast zrobić zaplanowany trening. Bo pojechałam na uczelnię autobusem. Bo weszłam z zakupami do windy zamiast tachać je na 8 piętro po schodach. Oraz tym podobne. Na początku takie poczucie presji aby regularnie trenować jak i być aktywną w ciągu dnia było dobre. Bardzo szybko przerodziło się w coś co do dziś ciężko jest mi opanować. Przyznaję, że pomimo poważnego urazu wyznaję zasadę „Dzień bez treningu to dzień stracony”. Byłoby dobrze gdyby to była moja osobista decyzja a nie wewnętrzny przymus. Małymi kroczkami uczę się jak wyluzować i bez poczucia winy spędzić dzień na kanapie ;) A Uzależniony? Uzależniony po całym dniu pracy, przebyciu rowerem kilkudziesięciu kilometrów i zrobieniu treningu potrafi nadal czuć wewnętrzny niedosyt, ale jego przewaga polega na tym że w weekend potrafi i psychicznie i fizycznie odpocząć.


"Zmienię ciuchy i idę biegać"



4.      Uciekanie od problemów.

Znam wiele osób które wyładowują stres na siłowni. Nie ma w tym nic złego, na studiach wręcz wpajano mi, że aktywność fizyczna dobrze wpływa na zdrowie psychiczne. Gorzej kiedy zamiast rozwiązać problem maskujemy go pod obowiązkiem trenowania. Wisi nad Tobą termin oddania pracy semestralnej i zamiast ją pisać idziesz pobiegać? Masz problem.


5.       Złość.

Choroba, kontuzja, gorszy dzień, natłok pracy i jakoś tak wyszło że nie było czasu na trening. Ok, nic się nie stało – jutro też jest dzień. Problem pojawia się kiedy zamiast dać sobie spokój po męczącym dniu czy ułożyć bolącą głowę na poduszce zadręczasz się i czujesz wewnętrzną złość. Uzależniony był zły na siebie i to nie raz, ja również. Najlepiej złość poznałam po wypadku, okres ten ciągnie się już czwarty miesiąc i mimo iż na pewne rzeczy nie mam wpływu to wściekam się na siebie. To uczucie też można pokonać ale o tym na końcu.


6.       Trening pomimo choroby lub kontuzji.

Problem dotyczy głównie mnie. Czy powinnam dodatkowo obciążać uszkodzony staw skokowy? Raczej nie. Czy powinnam na siłę kuśtykać kilkanaście kilometrów dziennie? Oczywiście że nie. Jako studentka fizjoterapii dobrze wiem co i jak powinnam teraz robić ale nie robię. Buntowniczy charakter nie daje mi poczekać do pełnego wyzdrowienia. Jakieś tam resztki zdrowego rozsądku zachowałam i odpuściłam sobie bieganie, skakankę i inne ćwiczenia mocno obciążające staw skokowy ale i tak nie jestem z siebie dumna. Jeśli trenujecie pomimo choroby lub kontuzji problem zaczyna być poważny i czas najwyższy aby zatrzymać się i przemyśleć swoje postępowanie.



To są tylko niektóre objawy uzależnienia od treningu opisane na podstawie moich osobistych obserwacji. Myślę że każdy z was chociaż raz doświadczył którejś z tych sytuacji. Bycie nazwijmy to „pozytywnie uzależnionym” jest fajne, ale kiedy czujecie wewnętrzny przymus aby trenować to być może sytuacja przechyla się na stronę prawdziwego uzależnienia.
W moim przypadku głównym problemem było nagłe przyklejenie do kanapy, każda osoba kochająca sport zrozumie co mam na myśli. To trudne kiedy nie można robić tego co wcześniej, a kiedy ten okres się przedłuża, zaczynamy dostrzegać jak ważnym elementem życia jest aktywność fizyczna. Pojawia się złość, poczucie winy i nieracjonalna próba powrotu do „starego” życia pomimo iż problem nadal jest świeży.


Jak wrzucić na luz?


1.      Wolny dzień.

Nie koniecznie regularnie, w naszym przypadku takim dniem jest niedziela. Dzień całkowicie bez przymusu, można iść na spacer a można spędzić go przed telewizorem.


2.      Świadomość problemu.

Myślisz że Ciebie to nie dotyczy? A może jednak? Zastanów się dobrze jak wygląda Twój dzień. Czujesz złość kiedy nie możesz trenować? Zaniedbujesz jakąś sferę swojego życia? To ważne pytania.


3.       Otwartość.

Ktoś powiedział Ci że przesadzasz? Przemyśl to. Być może tylko zazdrości Ci regularnego, aktywnego trybu życia, a może rzeczywiście sytuacja wymyka Ci się z pod kontroli.


4.      Trening nie zawsze najważniejszy.

Czasami lepiej jest zostać w domu z ukochaną osobą albo rozsiąść się w fotelu i zadzwonić do rodziców. Takie osobiste przyzwolenie na to aby zacieśnić więzy z ważnymi dla Ciebie ludźmi jest bardzo przyjemne i daje uczucie ukojenia.


5.      Nikt nie zawinił.

Nie obwiniaj się. Opuściłeś kolejny trening bo nie czujesz się na siłach? Może jesteś przemęczony i Twoje ciało błaga o przerwę? Może niedokończone sprawy nie dają Ci spokoju? Nic się nie stało. Kilka dni odpoczynku może sprawić że powrócisz do treningów z o wiele lepszym efektem.



Nie chcę zanudzać nikogo przydługim postem. O uzależnieniu od treningu mogłabym pisać jeszcze długo i przytaczać wiele sytuacji z naszego życia. Kiedyś na pewno wrócę do tego tematu.



Przyznajcie się, jesteście pozytywnie uzależnieni czy czujecie że zdarzają wam się niezdrowe wpadki?

piątek, 15 maja 2015

Bieganie naturalne lepsze od amortyzacji i systemów?

Nie wiem jak Wy ale ja do najbogatszych ludzi nie należę, przez całe moje życie musiałem wybierać która z potrzebnych rzeczy do treningu jest bardziej potrzebna. Jakiś czas temu udało mi się kupić w dobrej cenie buty Mizuno Wave. Był to pierwszy but do biegania wyposażony w poważne systemy amortyzujące i wspomagające pracę stopy. Czułem, że w nich mogę pokonać setki kilometrów czerpiąc przyjemność z biegania tak samo jak w Kapterenach w których startuje w tym roku na Kieracie. 

Wcześniej biegałem w najtańszych butach z Decathlonu za 49zł. Miały jakąś tam amortyzację, która zniknęła pewnie po kilkudziesięciu kilometrach ale zrobiłem w nich ponad 800km w sezonie. Jak na mnie było to dużo, zwłaszcza, że wtedy rozpoczynałem swoją przegrodę z bieganiem. Dzięki dobremu koledze nauczyłem się biegać ze śródstopia i czułem się wtedy o wiele lżejszy przy każdym kontakcie z podłożem. Kiedy pierwsza wyprawa w góry uświadomiła mi, że nie można być pewnym jaka będzie pogoda w trakcie biegu, zamieniłem swoje zużyte Ekideny na model przeznaczony do biegania w terenie. Też zakupiony w Kaliskim Decathlonie  na mega przecenie za niecałe 80zł. Byłem przekonany, że rozejdą się po jakimś czasie jak wcześniejsze buty dlatego kupiłem rozmiar który był idealnie dopasowany. Niestety… jak na złość, wkładka aż do samego końca była tak samo za mała jak na początku. Wiem, mój błąd, kto normalny kupuje buty do biegania „na styk”. Mimo tej wpadki, nie doznałem ani jednej kontuzji poza dyskomfortem podczas dłuższych treningów. Przed kolejnym startem w Kieracie, but mnie mega obcierał na pięcie ale zakup skarpetek technicznych umożliwił mi bezproblemowe dotarcie na 80km maratonu (do setki szło mi już ciężko) i ukończenie go „jedynie” z pęcherzami które śnią się mojej narzeczonej do dzisiaj.




Później miałem dosyć długą przerwę od biegania i kiedy przyszła pora na powrót miałem już swoje cudo. Buty o wiele lepszy niż dotychczasowe… Początki były super, biegało się w nich rewelacyjnie, co prawda na pierwszych treningach było dziwnie. Tak duża amortyzacja, że musiałem się przyzwyczaić. Trenując w nich do tegorocznego Kieratu postanowiłem ukończyć bieg poniżej 24h, a padła nawet propozycja, od mojego przyjaciela z poprzedniej imprezy, aby zmieścić się w 20h. Aby zrealizować nasz pomysł musiałem gwałtownie zwiększyć objętość treningową. Zakupiłem też kolejne buty marki Kalenji Kapteren xt. Bieżnik, jakość wykonania i przyczepność w trudnym terenie nie odbiegają kompletnie od innych „renomowanych” firm, zwłaszcza że ta marka specjalizuje się w bieganiu i nic od 4 lat nie zawiodło mojego zaufania. Wracając do treningów - większa objętość to większe ryzyko wystąpienia kontuzji. Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, ale postawiłem wszystko na jedna kartę - albo pęknie 20h albo znowu ledwo zmieszczę się w limicie czasu. Doigrałem się. Ból w prawym kolanie po zewnętrze stronie, na 99% problem z pasmem biodrowo piszczelowym czyli typowa kontuzja przeciążeniowa.

Interesując się mocniej przyczynami występowania ITBS u 
biegaczy trafiłem na informację, że przyczyną może być biomechanika ruchu. Jednocześnie zacząłem się zastanawiać nad swoją technika i postanowiłem zrobić sobie dynamiczną analizę biegu. Udałem się do Decathlonu w Kaliszu i za zgodą dyrektora sklepu przeprowadziłem badanie samodzielnie. Ustawiłem kamerę za bieżnią i przebiegłem się kilka razy na boso, w butach Mizuno i Kapterenach. Oglądając filmy w domu (w zwolnionym tempie), okazało się że wystąpiła u mnie nadmierna pronacja której nigdy nie miałem. A jeszcze większym zaskoczeniem było odkrycie, że prawa stopa jest mocniej pronująca od lewej i w dziwaczny sposób przestawiam ją przy każdym kroku (coś jak biegowa wersja chodu koszącego).

Los chciał, że akurat w tym samym momencie w którym borykam się z kontuzją kolana jestem na etapie czytania książki Christophera McDougall’a „Urodzeni Biegacze”. Książka opisująca tajemnicze plemię mieszkające w Meksyku. Znani są pod nazwą Tarahumara a sami mówią o sobie Raramiri. Potrafią biegać setki mil niezależnie od wieku - nie doznając kontuzji! A największym ewenementem jest to, że biegają we własnoręcznie zrobionych sandałach lub na boso!


 Czyżby ich sekret tkwił w braku amortyzacji?


Tak twierdzi autor, który na własne oczy widział jak biegają i poznał możliwości biegania bez specjalistycznego obuwia. Dzięki temu pozbył się nawet dolegliwości pleców przez które nie mógł wcześniej nawet myśleć o bieganiu.
Czytając ten fragment doznałem olśnienia. Wcześniej biegałem w tanich butach ze słabą amortyzacją, a od pewnego czasu cieszyłem się z markowych butów i wszystkich systemów napakowanych do środka. Czyżbym popełnił błąd inwestując w coś „lepszego” ? Z video-analizy jasno wynika, że moja pronacja spowodowana jest osłabieniem mięśni stóp. Przetestowałem to chwytając bosą stopą różne przedmioty i nie była już tak sprawna jak rok temu. Przy odpowiednim napięciu konkretnych mięśni moja stopa wraca do prawidłowej pozycji dlatego wniosek jest jeden. Super buty z super systemami i super amortyzacją potrafią super nam zaszkodzić. Zacząłem się dalej zastanawiać i zwróciłem uwagę, że czołowi zawodnicy biegają co prawda w markowym obuwiu, ale minimalistycznym, czyli jak najbardziej przypominjącym bieganie na bosaka. W mojej głowie pojawiło się pytanie. Jak szybko wrócę do pełnej sprawności kiedy zamienię amortyzację z butów na genialny wynalazek jakim są nasze stopy?



Mam zamiar przetestować swoją teorię, że bieganie naturalne pozwoli mi wrócić do wcześniejszej formy. Postanowiłem wzmacniać swoje stopy wykonując ćwiczenia polegające na chwytaniu stopą różnych przedmiotów. Dodam także bieganie na bosaka zaczynając od 1-2 kilometrów dziennie. Co prawda biegając ze śródstopia łydka i ścięgna powinny być przyzwyczajone ale nie chce przeciążać się od razu. Mam także w planach zakupić magiczne buty FiveFingers i biegać w nich trasy asfaltowe. Zastanawia mnie tylko czy jest sens wydawania ponad 300zł na specjalne obuwie do biegania naturalnie i czy nie zainwestować w zwykłe trampki, w końcu w obu przypadkach jedyną „amortyzacją” jest cienka warstwa gumy. Po powrocie z kieratu zregeneruje się i od razy wcielam plan w życie, mam nadzieję że wszystko się uda i będę mógł biegać bez kontuzji!

Jeżeli macie jakieś doświadczenia w tym temacie, piszcie w komentarzach.


wtorek, 28 kwietnia 2015

Czy można zwolnić w życiu?

Cześć, dawno nic nie pisałem... Miałem niestety trochę problemów i nie mogłem się za to zabrać. Kłopoty finansowe zmusiły mnie do podjęcia dodatkowej pracy przez co miałem mniej czasu i chęci do wszystkiego. Mówiąc prościej - wpadłem w pułapkę teraźniejszości. Teraz prawie wszyscy gonią za pieniędzmi, nie ważne czy praca sprawia im przyjemność, czy kochają to co robią. Ciężko jest też winić kogoś za takie postępowanie kiedy nasz rząd doprowadza do tego, że pracujemy za śmieszne pieniądze, bo pracodawcy nie stać na zatrudnienie pracownika na pełen etat bo sam ledwo wiąże koniec z końcem. Widzieliście kiedyś osoby które według was były biedne a jednocześnie szczęśliwe? Osobiście zdarzyło mi się to kilka razy. Ostatnio czytałem książkę o bieganiu "Jedz i biegaj" Scott'a Jurka.


 Opisywał ultramaratończyków którzy żyli pod kreską albo wychodzili na zero ale.. oni byli szczęśliwi. Robili to co kochali. Biegając mogli żyć w zgodzie z naturą która nigdzie się nie spieszy, ona zawsze ma na wszystko czas. Ich życie wypełniało szczęście i radość z tego co robią. Czytając to nagle uświadomiłem sobie to, że z tych wszystkich złych sytuacji które mnie spotykały przez ostatni rok (zła sytuacja finansowa, utrata pracy) to brak motywacji i czasu na treningi dobiły mnie najbardziej, Coś co sprawiało mi radość i dawało szczęście, coś dzięki czemu poznałem moją przyszłą żonę - wyparowało. Fala nieszczęść na końcu której był wypadek samochodowy ( nie z mojej winy). Spowodował tyle problemów, że prawie osiwiałem w wieku 26 lat...  Trzeba było się odbić i wrócić do wcześniejszego życia!

Ale od początku.
Narzeczona zaproponowała mi spróbować pozbyć się niepotrzebnych rzeczy z mieszkania. Kilka dni później poleciały, stare kartony, gazety, ubrania, "znaleziska" z dzieciństwa ( zostawiłem sobie tylko mały kartonik ze "Wspomnieniami"). Nie wyobrażałem sobie ile tego nazbierało się przez 3 lata spędzone na nowym mieszkaniu. Coś się poprawiło, był w końcu czas na trening, a dokładniej potrafiłem go znowu znaleźć bo czas jest zawsze, tylko nie zawsze są chęci aby to zrobić. Dostałem pracę w Decathlonie - ucieszyłem się mimo, że była to 1/2 etatu. Sklep sportowy, pokrewny mojej pasji, nie zajmował tyle czasu obok prowadzenia zajęć karate ale... Nadal coś nie grało w mojej maszynie. Sprawy które powinny być załatwiane na bieżąco odkładałem na później, nie wiedziałem jak to się dzieje. Wtedy znalazłem książkę "stop odkładaniu spraw na jutro", pomyślałem sobie, że moim  problemem jest prokrastynacja. Chciałem tą książkę przeczytać ale nie dawałem rady, szczyt ironii co? Też tak myślałem dopóki nie uświadomiłem sobie, że to natłok zaległości mnie dobijał i uciekałem od tego w różny sposób, najlepszym było zakupienie Diablo 3. Były to na prawdę super chwilę, nie myślałem o problemach, obowiązkach i tym co wymykało mi się spod kontroli. Brudne naczynia potrafiły leżeć w zlewie kilka dnia, Stół przy którym jedliśmy posiłki był cały czas pokryty masą drobiazgów. A na sprzęt treningowy nawet nie patrzałem. Jednocześnie miałem na wszystko coraz mniej czasy przez głupią grę którą sam kupiłem! Musiałem dopiąć kilka spraw związanych z klubem, nie dałem rady samemu i udałem się po pomoc. Później poczułem się jakby zeszło ze mnie dobre 10kg. Lżej na duchu i to poczucie ze coś się zaczyna udawać. Wszystko szło dobrze, zacząłem od nowa trenować, mocno pochłonął mnie crossfit, plan wzięcia udziału w runmagedonie i... BAM! - czas na zabieg przegrody nosowej. Jednocześnie skończyłem pracę w decathlonie ponieważ nie wiązałem przyszłości z tą firmą - taki powód usłyszałem z ust osoby przełożonej. Pomyślałem sobie, super zmobilizuje mnie to żeby szybciej wystartować z własną działalnością.
Nos wyprostowany, po 3 dniach męczarni ze wstrętnymi setonami w nosie - upragniona ulga. W końcu mogę normalnie oddychać, wysypiam się w nocy, nie wstaję zmęczony - wcześniej myślałem ze to wszystko tylko przez pracę. Miesiąc bez treningów, był jedynym minusem tego wszystkiego i wiedziałem, że będzie ciężko po raz kolejny wracać do formy.
W którymś momencie dla odmiany pojawiły się problemy. Trzeba, jechać ze zwierzakami do weterynarza, a specjalista od świnek morskich jest najbliżej 120km do Kalisza. Stwierdziliśmy z narzeczoną, że pojedziemy do Solca Kujawskiego i przy okazji po drodze odwiedzimy jej rodziców w Toruniu i ......




Norweg nie wyhamował uderzył nas w tył samochodu i siła pędu wpadliśmy na stojący przed nami bus. Auto do kasacji, z pozoru nikomu się nic nie stało. Wieczorem po wypadku wizyta  w szpitalu bo pojawiły się dziwne objawy i dolegliwości bólowe. U mnie problemy z odcinkiem lędźwiowym i ogólne problemy z orientacją, a narzeczona kołnierz na 3 tygodnie, uszkodzona kostka i trochę innych "drobniejszych" dolegliwości. Obecnie czekamy na rezonans stawu skokowego i decyzję czy uda się uniknąć operacji. Osobiście jestem już po ostatnich zabiegach rehabilitacji, mam pozwolenie na treningi i od 2 tygodni przygotowuje się po raz kolejny do Maratonu Kierat! Już nie mogę się doczekać. Dzięki temu, że wróciłem do biegania, mam znowu cel którym jest skończyć te 100 km  w mniej niż 20 godzin a maksymalnie w 24 godziny, udało mi się odnaleźć spokój. Już nawet kłopoty finansowe spowodowane tym nieszczęsnym wypadkiem i użeranie się z firmą ubezpieczeniową która odwleka wypłatę "kolosalnie" wysokiego odszkodowania za samochód mnie nie przytłacza. Tak samo mam nadzieję, że narzeczona jak najszybciej wróci do zdrowia i znowu będzie mogła mi pomagać w tym co oboje kochamy czyli prowadzeniu zajęć karate.

Tak jak sami widzicie, nie można dać się zwariować i wpaść w tą pułapkę. W dzisiejszych czasach życie nabrało takiego pędu, że musimy nauczyć się zwalniać, odpoczywać i mieć czas dla siebie i rodziny. Dla jednych formą odpoczynku będzie sport dla innych coś innego, ale zawszę najlepszym rozwiązaniem jest posiadanie PASJI bo to ona nadaje dodatkowo sens naszemu istnieniu. Nie można żyć po to aby żyć. Trzeba czerpać z życia tyle ile się tylko uda, trzeba być szczęśliwym, dlatego nie przekładajmy gonitwy za pieniądzem ponad nasze własne szczęście. Ja już to odnalazłem i zacząłem znowu czerpać radość z tego co robię. Znowu prowadzenie zajęć daje mi ogromną satysfakcję.


Życzę Wam powodzenia w poszukiwanie tego!









PS. Wiadomość dla tych którzy przejęli
 się losem świniaka - wszystko z nim w porządku! :)
Czarny - Diego,
rudy  - Vito,
biały - Peper